Według najprostszej definicji eksploracja miejska polega na ponownym "odkrywaniu" popadających w ruinę miejsc, których czasy świetności dawno już minęły i pozostała po nich jedynie gnijąca, zwietrzała i odłażąca wielkimi płatami od ścian historia. Bardziej metaforycznie można by było rzec, że to tchnięcie w pustostany drugiego życia, ratunkowy ucisk na nieruchomej klatce piersiowej martwych komórek urbanistyki, poukrywanych między tkankami budynków i arteriami ulicznego krwiobiegu. W Polsce mamy wyśmienite warunki do tego, aby zajmować się tą dziedziną "outdoor'u". W naszym kraju znajduje się cała masa obiektów, które wzniesiono w czasach zaborów, w okresie drugiej wojny światowej lub w PRL-u, a następnie zostały porzucone/zniszczone m.in. w wyniku problemów finansowych po transformacji ustrojowej czy nawet wskutek nalotów dywanowych. Niepotrzebne są tu ogromne chęci i dociekliwość, żeby nudne popołudnie spędzić na zwiedzaniu opuszczonych baz wojskowych, pałaców, fortów, szpitali (w tym wielu rzekomo nawiedzonych), fabryk, kopalń, hut, a nawet miast, na które w Polsce również można trafić. Miłośnicy tej nieszablonowej formy turystyki wielokrotnie wracają do znanych sobie miejsc, które w jakiś sposób oczarowały ich i zaczęły przyciągać swoistym magnetyzmem. Podobnie jest ze mną i niemal każdy obiekt, który eksplorowałem na potrzeby filmów, zdjęć lub dla własnej przyjemności, prędzej czy później odwiedzałem ponownie. Tym razem, po niespełna rocznej przerwie, padło na opuszczoną dworską gorzelnię w Dobrej Szczecińskiej.
![]() |
| Prezencja gorzelni w żaden sposób nie zapowiada atrakcyjności, jaką skrywają jej wnętrza. |
